Ogłoszenie

Zwiń
No announcement yet.

Takich trzech, co w Karpaty się wybrali

Zwiń
X
 
  • Filtr
  • Czas
  • Pokaż
Wyczyść wszystko
new posts

    Takich trzech, co w Karpaty się wybrali

    Na samym początku, co nie co o wyjeździe.
    Ekipa: Fihu, Proxen i Myszak
    Cel: Północe Karpaty w Rumunii
    Sprzęty: XT 600 2KF(Fihu), XL650V Transalp(Proxen) i XT 600 Tenere 1VJ( Myszak)
    Czas: 3-8.07.2014
    Trasa: c.a 1800km, z czego ok 300 to OFF + szutry, reszta to dziurawa Słowacja, płaskie Węgry i rumuńskie serpentyny
    Założenia: Dużo jeździmy, mało śpimy, wszystko i wszędzie, ze sobą wozimy
    Osiągnięcia: trafiona pogoda, Góry Marmaroskie, Alpy Rodiańskie oraz Góry Suchard

    Kilka zdjęć ogólnych:












    A teraz konkretniej

    3.07
    Ruszamy odpowiednio z Radomia, Krasnegostawu i Niska, godzina 8:00 spotkanie w Rzeszowie na wylotówce.



    Fihu postanowił sobie skrócić trasę o ok 10km i pojechał przez Wysokie – okazało się że droga była w remoncie, a więc bez twardej nawierzchni, co w połączeniu z deszczem dało namiastkę pierwszego OFF’a. Fajnie jest się ubrudzić i zamoczyć już 30km od domu. Droga na Barwinek, wspólne tankowanie przed granicą i szybki przelot przez Svidnik, Vranov, Trebisov, Satoraljaujheley, Kisvardę, aż do Satu Mare, gdzie po stronie rumuńskiej byliśmy w okolicach godziny 16. Dalej jechaliśmy na Livadę, aż do Sapanty, gdzie zwiedziliśmy obfotografowany, objeżdżony i zwiedzony przez wszystkich i wszędzie od zawsze – wesoły cmentarz.


















    Pierwszy nocleg na tej ziemi wypadł nam przy drodze do Leordiny u pasterzy (i pasterki – chłopaki, nie mówicie, że nie pamiętacie), którzy trzód swych strzegli.









    4.07
    Plan był prosty – wjazd z całym dobytkiem na Farcau. Szybkie śniadanko, pakowanie i droga na Borsę, a później odbijamy na Poienile de sub Munte. Atak na szczyt zaczął się bardzo ostro i kamienisto w górę, gdyż wybraliśmy podjazd od strony południowo-zachodniej, później już było tylko lepiej, oprócz momentów w których trzeba było podnosić wszystkie trzy maszyny, których kierowcy niedoceniali nachylenia poszczególnych górek i szerokości ścieżek trawersujących zbocza.

































    Fihu zarzekał się że tuż po powrocie zakłada dodatkowo elektryczny rozrusznik do swojej 2KF. Pod sławne jeziorko, w towarzystwie wszechobecnych dzikich koni, dotarliśmy w okolicach 15, po kilku godzinach zaciętych bojów. Szybka toaleta i obiadek, później wjazd pod sławny drewniany krzyż i decyzja o zjeździe na noc do wsi i szukanie noclegu. Próbowaliśmy wracać inną drogą, lecz węgierscy studenci biwakujący nieopodal, uświadomili nas, że jedyna droga oprócz tej którą przyjechaliśmy, prowadzi przez sam szczyt, a później opada na północną stronę. Gdyby nie to, że każdy z nas miał co najmniej 25-30kg bagażu, w tym namioty, śpiwory, części zapasowe, oleje, puszki, wody itd., pewnie pchalibyśmy się na górę. Pozostała jedynie opcja powrotu tą samą drogą z późniejszym odbiciem na wschodnią część góry. Oczywiście były również zwierzęta, które nam to skutecznie uniemożliwiały na czele z gigantycznym bykiem, który nie dość że zatarasował przejazd to jeszcze usilnie i konsekwentnie wpatrywał się w mocno czerwoną kurtkę Proxena.



    Prawdopodobnie, gdyby nie nagła i niespodziewana interwencja pasterza, mogłby się to skończyć pościgiem i porzuceniem motocykli. W Poienile de sub Munte, pierwsza wizyta w pierwszym napotkanym sklepie i już właściciel Vasile Laver zaproponował nam nocleg u siebie za domem. Ponoć wielokrotnie już gościł polskich motycklistów, z tym że w hoteliku. W zamian za darmowy nocleg, prosił nas, abyśmy dali o nim znać w Polsce( możliwy kontakt pod adresem: laverv@yahoo.ro lub pod nr tel 0262366151)Przestrzegł nas jednak, żebyśmy pilnowali motocykli, gdyż niedawno kilka skradziono, a jedną Afrę odnaleziono zdewastowaną na połoninie…



    5.07
    Rano pobudka, szybki rzut okiem na motocykle – wszystkie są, można robić śniadanko i ruszać w dalszą drogę. Nasz cel na dziś – nocleg w Borsie i wjazd na szczyty wschodniego Maramureszu. Wizyta na pierwszej stacji, szacowanie strat po wczorajszym ataku na Farcul, smarowanie łańcucha, tankowanie i kierunek Borsa. Noclegu szukaliśmy może z godzinkę, w końcu bardzo miły człowiek zaoferował nam nocleg u siebie na podwórku z dostępem do kibelka i prysznica w swoim domu, za cenę 25 lei za nas trzech, namiot i 3 motki ! Szybkie rozbijanie, zrzucenie bagaży i kierunek Baia Borsa, a później Cornu Nedei i Strungi. Droga wiodła szeroką doliną, widać że coś tu kiedyś musiało pracować, bo dookoła ogromne betonowe budowle, a sama droga choć swoje lata ma za sobą, jest w niezłym stanie jak na nawierzchnię szutrową.









    Praktycznie na przełęcz wjechaliśmy piękną szutróweczką, przecinaną gdzieniegdzie wartkimi strumieniami chłodnej i krystalicznie czystej wody. Podjechaliśmy na pasmo Cearcanu, skąd widoczne były Alpy Rodiańskie- nasz kolejny cel. Później jazda po połoninie w kierunku północnym, aż do szczytu Fantana Stanchi, gdzie spotkaliśmy ludzi w pseudo schronisku, którzy próbowali się z nami porozumieć, lecz etanol w ich żyłach, skutecznie im to uniemożliwiał. Później zjazd na przełęcz Tarnita Balasanii i powrót ciekawszą i bardziej stromą szutrówką do Baia Borsa, która w pewnym monecie zamieniła się w wartki potok. Spotkanie z pasterzem zaowocowało wymianą papierosów za informacje, dzięki którym wybraliśmy dobrą drogę – inaczej nie chciał w ogóle rozmawiać.























    Po powrocie na nocleg, szybki prysznic i ruszamy na miasto, gdzie przewodniczył nam właściciel domu.
    W mieście działo się wiele ciekawych i dziwnych rzeczy ale parafrazując … co dzieje się w Borsie, zostaje w Borsie







    Typowa rumuńska widokówka



    Ponoć przysmak tamtejszej kuchni, który nie wszystkim przypadł do gustu.

    6.07
    Pogoda w nocy zaskoczyła nas opadem deszczu i poranną niewiadomą, jak to będzie wyglądało w ciągu dnia. Mimo to plany nie ulegają zmianie, jedziemy w Alpy Rodiańskie. Przy sławnym, obcykanym i przez wszystkich zwiedzonym kościółku na Pasul Prislop, spotykamy Polaka, który udziela nam informacji odnośnie dostępności i możliwych dróg w paśmie Alp. Pobudzeni wizją pięknych widoków i wysokości przekraczających 2000 m.n.p.m. , decydujemy się na wycieczkę najpierw do jeziorka Lacu Izvoru Bistritei, a później na przełęcz pod szczytem Gargalau, gdzie mieliśmy przeciąć Alpy i zjechać do Anies niebieskim szlakiem dnem doliny.















    Po dotarciu nad jeziorko, pogoda ponownie zaczęła płatać figle i pojawił się przelotny deszcz, który miał w przeciągu kilku godzin zamienić się w ulewę. Po wnikliwej obserwacji chmur i gnającego wiatru, zdecydowaliśmy zawrócić i objechać Alpy od strony wschodniej przez przełęcz Rotunda.











    Decyzja ta była prawidłowa, gdyż zaraz po tym, jak dotarliśmy na Pasul Rotunda( Rodna), zostaliśmy uwięzieni przez ogromną burzę z piorunami, praktycznie aż do ranka dnia następnego. Nie pozostało nam nic innego jak wykorzystać infrastrukturę turystyczną i rozbić nasze obozowisko pod wiatą. Nieustający deszcz, tylko chwilami pozwalał nam na rozpalanie ogniska i wizytę w pobliskim wychodku. Wg. Informacji z Polski taka pogoda miała się utrzymywać do samego końca wyjazdu.











    7.07
    Rano ku naszemu zdziwieniu obudziło nas przepiękne słońce i przejrzyste niebo. Szybka decyzja – atakujemy góry Suchard, do których mieliśmy rzut beretem, ze względu na to, że główna droga krzyżowała się na naszej przełęczy. Mijając stada owiec i zdziwionych pasterzy wykonujących dziwne ruchy rękami, wjeżdżamy na kolejne połoniny, z których rozciągał się niesamowity widok zarówno na Alpy Rodiańskie, jak i na pasmo Maramorskie. Filmikom, jak i zdjęciom, nie było końca, ale trzeba było w końcu odbić na zachód, tak by dojechać do Valea Mare.









    Wybraliśmy drogę, która z początku wydawała się znośna, lecz później zamieniła się w „koszmar” za sprawą nocnych opadów. Tak naprawdę w głębi duszy każdy się cieszył że w końcu wpakowaliśmy się w niezłe tarapaty . Nie dość że okazała się cholernie stroma, to składała się z dwóch kolein (które podczas opadów zamieniały się w strumienie) o głębokości co najmniej 0,5m, które niejednokrotnie się po prostu ze sobą przecinały. Zarówno Tenera, jak i 2KF Fiha, jako tako parły naprzód, czego nie można powiedzieć o Transalpie Proxena, który w większości robił za pługo-taran pośród błotnej gliny zewsząd nas otaczającej, czym zasłużył sobie na miano Transkarpata bądź TransTank’a. Jak się później okazało, odcinek 2 km przez las pokonaliśmy w czasie 4 godzin – i tak ciągle zsuwaliśmy się w dół!



















    Szybkie mycie łańcuchów w pobliskim strumieniu.
    Fihu zamiast normalnie spłukać motocykl postanowił pojechać paręnaście metrów w dół strumienia i wrócić już czystym motocyklem – co nie okazało się dobrym pomysłem. Woda była dość mętna, nie było widać dna, jednak charakterystycznie załamywała się pod wpływem kamieni znajdujących się na dnie. Już gdy miał zawracać zatrzymał się, ponieważ dalej lustro wody było podejrzanie płaskie. Coś tu nie gra, pomyślał, po czym zawołał po pomoc. Myszak pomógł mu zawrócić. Okazało się, że dno strumienia gwałtownie opada na jakieś 80cm. Uff, znowu się udało.






    Wtedy też zauważyliśmy, że pogoda po raz kolejny zaczęła się załamywać i przeć na nas z tonami wody. Szybka narada i zapada decyzja – uciekamy na zachód. Jadąc przez Sant, Rodną, Maieru oraz Singeorz-Bai cały czas, byliśmy dosłownie o krok przed deszczem, który raz niefortunnie nas dopadł. Ucieczka trwała nieprzerwalnie aż do Nasaud, gdzie zdobyliśmy jakieś 1,5 godziny przewagi nad chmurami. Przyszedł czas na obiad przy stacji benzynowej. Konsumując kolejne puszki i popijając je zimnymi napojami, po konsultacjach z meteorologami w Polsce, podjęliśmy decyzję o przemieszczaniu się w kierunku Baia Mare, aby tam złapać nocleg i uniknąć totalnego zmoczenia.



    Droga była nudna i monotonna, tylko asfalt, barierki i znów asfalt. Dopiero w Caseiu postanowiliśmy skrócić sobie trasę, jadąc drogą, która wg mapy kończyła się przed górą i zaczynała za nią. Jak się później okazało, po prostu część drogi prowadzącej na przełęcz Aruncas jest w budowie, tak że mieliśmy okazję po raz kolejny posmakować szutrowych serpentyn. Po dojeździe do Baia Mare, ku naszemu zdziwieniu od razu pomoc w znalezieniu noclegu zaoferował nam tutejszy motocyklista, który nie dość, że jeździł z nami od ośrodka, do ośrodka, poszukując najkorzystniejszej cenowo oferty, to jeszcze po tym jak się zakwaterowaliśmy i zaczęliśmy wyglądać jak ludzie – przyjechał po nas swoim samochodem i pokazał nam miasto nocą, nie zapominając o naszych pustych i spragnionych regionalnych piw – żołądkach. Rzecz praktycznie niespotykana w zachodniej Europie. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że ze względu na to, że 75% obszaru Rumunii jest pokryta lasami, służby leśne oraz policja nie stara się ganiać i karać motocyklistów na enduro i crossach, gdyż jest ich po prostu za mało, a i tak mają pełne ręce roboty ze względu na stały przemyt towarów przez granicę z Ukrainą. Dowiedzieliśmy się również, że Afriki to bardzo cenne i chodliwe motocykle na Rumunii, taki fenomen. Powrót na kwaterę zaowocował kolejnymi niepokojącymi prognozami pogodowymi na następny dzień, po czym zapadła decyzja o jutrzejszym powrocie do kraju.









    8.07



    Smutno było wracać przed czasem, ale perspektywa tego, że na pewno jeszcze tam wrócimy dodawała nam otuchy i gnała nas naprzód, tak, że do Niska, gdzie Proxen zaprosił nas do swojej pizzerii Iguana na obiadokolacje, dotarliśmy w okolicach 19. Ja z Fihu, dotarliśmy do swoich miejscowości w okolicach 22.
    Wyprawa sama w sobie niesamowita, wiele nas nauczyła i na pewno zaowocuje jeszcze niejednymi odwiedzinami w tamtym rejonie. Motocykle spisały się znakomicie, obyło się bez większych awarii, a i połączenie e-09 z chińskimi CST C-755 okazały się strzałem w 10, zarówno w terenie, jak i na 1700 kilometrowym odcinku asfaltu.
    Kilkakrotnie padały pytania, czemu nie pojechaliśmy z motkami na przyczepie, czemu nie jeździliśmy na pusto, czemu nie zakładaliśmy agresywniejszych opon, lecz na wszystkie nasuwała się jedna odpowiedź, która stała się naszym mottem przewodnim od wyjazdu na Zakarpacie: „Im trudniej, tym bardziej warto” i myślę, że będzie nam ona towarzyszyła jeszcze na niejednym wyjeździe

    #2
    Fajny wyjazd choć dla trampka musiał byc nieźle przeje..ny,

    Pamiętam kilka okolic z Baile Borsa, myślałem że tę tamę będą kontynuować a tu dupa









    Macie może jakiś ślad z wyjazdu? Maramures jest bardzo blisko więc nawet na wekend można kiedyś wyskoczyć ale nie zeby się taplać w błocie
    Był Junak M10, WSK125, potem xt600z i xtz750 aż w końcu przyszło nawrócenie, lc4 620 sc, exc 520, a teraz
    No i oczywiście WSK 125 73' jest nadal, fajnie powspominać szczeniackie czasy
    sigpic

    Komentarz


      #3
      Witam -ta afra znaleziona na połoninach to czasem nie ta którą zajumali w maju?
      Mocno oblegany kierunek cos się zrobił

      Komentarz


        #4
        Śladów żadnych nie mamy, bo w końcu jechaliśmy na papierowych mapach, ale jeśli będzie taka potrzeba to postaram się udostępnić skany z naniesionymi trasami.

        Z Aframi to rzeczywiście jest tam problem, bo nie dość że są bardzo drogie ( 15 000-20 000zł - jak nam opisywali tubylcy) to wcale nie jest tak trudną ją zwinąć komuś sprzed nosa i skutecznie unikać wymiaru sprawiedliwości, który niestety jest bezsilny w tym rejonie.

        Komentarz


          #5
          P1050734%u00252520%u0025255B1024x768%u0025255D.JPG
          Wjechał tam ktoś z was?
          Ta górka śni mi sie po nocach

          Komentarz


            #6
            Wszyscy trzej wjechaliśmy, ale nie było łatwo, po licznych upadkach, zaczynało się wpychanie motocykli pojedynczo.

            Komentarz


              #7
              Macie fotki z wpychania?W maju to pieszo tam ciężko było się wdrapać.Jak chcecie sobie utrudnić to zapraszam na wiosnęWracaliście trawersem?
              Ech -ja w pracy a ziomale teraz strategice robią...
              Piekna ta Rumunia o kazdej porze roku i przyczepności podłoża.
              Jakimi mapami dysponowaliście?

              Komentarz


                #8
                Wracaliśmy trawersem, gdzie byczek nas zastał, fot z wpychania nie mamy, bo nie miał kto robić Mapy to reprodukcje starych rumuńskich, sztabowe ukraińskie i jakieś znalezione w zakamarkach internetu, ale i tak, często trzeba było się miejscowych wypytywać.

                Komentarz


                  #9
                  Dodam jeszcze, że jakby ktoś szukał noclegu w Borsie, to zdecydowanie mogę polecić tego Pana, z którym pijemy pifko na zdjęciu
                  Nazywa się on Timis Nicoara, a spaliśmy w Borsie na ulicy; Avram = Jancu nr 25, można też próbować się odo niego dodzwonić pod nr tel. 0747688557. Jakby coś nam się jeszcze przypomniało, to na pewno dopiszemy.

                  Komentarz


                    #10
                    Widzę że spaliście u Wasila w Repeda-my się wbilismy na pensjonat-polecam -Wasil nie dośc że dobry gospodarz to jescze wsiadł na quada i pokazał którędy z wioski atakować na farcaul.W garażu stoją dwa ktm 300 -jego i syna,miejscówka idealna dla enduromaniaków.
                    Jak ktos chce hard to jiech poprosi syna o oprowadzenie

                    Komentarz

                    Pracuję...
                    X